Wiesz, co jest najgorsze?
Siedzisz na ważnym callu z zagranicznym zespołem. Rozumiesz każde słowo i masz w głowie gotową odpowiedź – po polsku zamknąłbyś temat w 30 sekund i jeszcze zebrał pochwałę.
Bierzesz oddech, otwierasz usta... i paraliż: „Zaraz, czy na pewno dobrze wymówię to słowo?”.
Więc się wycofujesz. Wybierasz najprostsze słowa, byle się nie potknąć.
Zamiast brzmieć jak ekspert, którym jesteś, brzmisz jak niepewny stażysta.
Widzę to codziennie u ludzi, którzy w swoim fachu są mistrzami – na sali pełnej amerykańskich inwestorów, na rozmowie o awans, przy negocjacjach kontraktu. Zdradza ich jedno spięcie gardła.
I to nie kosztuje Cię kompetencji. Kosztuje Cię to, jak Cię oceniają – awanse i pieniądze, które trafiają do osób słabszych merytorycznie, ale mówiących z amerykańskim luzem.
Uczysz się tego języka od lat. Czytasz branżowe artykuły, piszesz maile, oglądasz Netflixa bez napisów. A ta jedna rzecz – pewność, gdy otwierasz usta – wciąż Ci umyka.
Prawda jest taka: to nie jest Twoja wina. Po prostu przez całe życie uczono Cię złych rzeczy.